Adam Lizakowski - 30 lat pisania

Tutaj publikujcie swoje opowiadania, scenariusze, felietony, rysunki itp

Adam Lizakowski - 30 lat pisania

Postprzez Jureczek N, 10.01.2010 22:19

Rozmowa z Adamem Lizakowskim - polskim poeta na emigracji

obchodzacym w roku 2010,





30 – lecie swojego debiutu.








- Byl Pan wielokrotnie nagradzany za swoja twórczosc. Która nagroda ma dla Pana największe znaczenie i dlaczego?

ADAM LIZAKOWSKI: Uwazam, ze nie powinno byc zadnych nagród poetyckich. Nawet wymyslona przez Greków galazka z drzewa laurowego jest juz przesada, choc to bardzo mily gest. Czytam, pisze poezje, bo ja lubie, a nie dlatego, ze poeta otrzyma od drugiego poety (swojego kolegi) nagrode, która wspólnie opija dzisiaj, a za rok nagrodzony da nagrode dzisiejszemu nagradzjacemu.

Nagrody sa potrzebne przede wszystkim poetom akademickim. Oni zyja z uczenia poezji, dla nich nagrody sa sposobem na zycie i na przetrwanie. Dla nich jest to forma promocji. Nagrody sa tez potrzebne wydawcom i drukarzom, a takze waskiemu gronu krytyków i recenzentów.

Niestety, nagrody literackie tworza jakies male „mafie literackie” i dosc często rozdawane sa w jakis niezrozumialy dla mnie sposób. Nagrodzony poeta wpada, chcac czy nie chcac, w jakies uklady, musi byc wsród ludzi, którzy go nagrodzili i w jakiś sposób identyfikować się z nimi, „siedząc na tej samej kanapie, co oni”. Kawiarnie literackie zaczynaja tworzysc sekty wyznawców takiej a nie innej poetyki, szkoly poetyckiej, itd. Tam zapadaja decyzje o nagrodach. Jest to malo etyczne i zupelnie niepotrzebne. Rózne srodowiska dzieli poetów na lepszych i gorszych, na tych z nagrodami i tych bez nagród. W Polsce poeci - redaktorzy potrafia byc na stanowiskach w pismach literackich nieomal dozgonnie. Dla mnie to jest chore. Wielu poetów pracuje jeszcze w wydawnictwach literackich na kierowniczych stanowiskach, bierze udzial w róznego rodzaju konkursach literacko-poetyckich, itd. To zabija poezję. A jesli nie zabija, to na pewno podcina jej skrzydla.

Dla mnie najwazniejsze nagrody to ta pierwsza i ostatnia. Moja pierwsza nagroda bylo zaproszenie do Krakowa w ramach konkursu poetyckiego organizowanego przez Kuznice Krakowska. Bylo to chyba w 1978 roku. Wtedy poznalem wielu wspanialych krakowskich poetów, których dzisiaj nikt juz nie pamieta. Podalem nawet reke Julianowi Kawalcowi, którego ksiazke pt. „Tańczacy jastrzab” przerabialem na lekcjach polskiego w liceum. Bylem swiecie przekonany, ze autor tej ksiazki dawno juz nie zyje. Moja najnowsza nagroda to Laur UNESCO, przyznany przez Polski Komitet do spraw UNESCO. Podczas uroczystosci towarzyszacych przyznaniu nagrody poznalem wielu wspanialych poetów z duzym dorobkiem i znajomościami. Mam nadzieję, ze z nimi czas obejdzie się laskawiej niz z tymi krakowskimi sprzed 30 lat.



- Byl Pan redaktorem naczelnym miesięcznika spoleczno-kulturalnego „Razem” oraz kwartalnika poetyckiego „Dwa końce języka”. Jak Pan wspomina pracę w tych dwóch pismach?

- W latach 1986-1989 bylem redaktorem naczelnym miesięcznika spoleczno–kulturalnego „Razem”, wydawanego w San Francisco. „Razem” - to slowo mialo polaczyc stara Polonie z nowa. Tych emigrantów z drugiej wojny swiatowej i tych, co uciekli przed generalem Jaruzelskim.

Takie byly zalozenia pisma „Razem”. W sumie niewiele z tego wyszlo. Razem, jako Polacy, niewiele zrobilismy dla Polski. Dla swiata i dla siebie jeszcze mniej.

W latach 1993-1996 bylem wydawca, wlascicielem i redaktorem naczelnym kwartalnika pt. „Dwa Końce Języka”, wydawanego w Chicago. Prace w obu pismach uwazam za biblijne wolanie na puszczy… Nazwa „Dwa Konce Jezyka” miala nawiazywac do dwujezycznosci czlonków redakcji, ale nie znalezlismy nawet jednego wspólnego języka. Cóz dopiero mówic o dwóch…

Bycie redaktorem naczelnym pism literackich poza krajem to tylko strata czasu i pieniędzy, które trzeba wydac z wlasnej kieszeni, aby pismo moglo sie ukazywac. Dlatego wolalbym o tym w ogóle nie mówić - szkoda na to czasu i atramentu. Chyba, ze ktos jest filantropem - wtedy sprawa wyglada inaczej. Kiedy bylem redaktorem naczelnym tych pism, wtedy jeszcze nie wiedzialem, ze jestem filantropem czy tez dzialaczem spoleczno–kulturalnym. Wydawanie pisma z poezja, pisanie wierszy to tylko hobby. Na emigracji niewiele, a wlasciwie nic z tego nie wynika - teraz to wiem. Teraz piszę wiersze juz ze swiadomoscia, ze nic z tego nie wyniknie, bo nic wyniknac nie moze. Nic sie nie wydarzy, bo nic nie moze sie wydarzyc.




- Na czym polegala dzialalnosc grup poetyckich „Krak” i „Niezaplacony Rent”, których jest Pan wspólzalozycielem? Dlaczego te grupy poetyckie nosza takie wlasnie nazwy?

- Dzialalnosc wszystkich grup poetyckich „od wieków” jest bardzo podobna, twórczy (w tym przypadku) poeci zbieraja sie w jednym miejscu, myslac, ze jak bedzie ich wiecej, to beda ważniejsi. Albo, że szybciej ktoś ich zauważy, np. krytyka zwróci na nich swe laskawe oko. Ale wczesniej czy pózniej poeci maja siebie nawzajem dosc i grupa sie rozpada. Z milosci do siebie rodzi się zazdrosc, az dochodzi do tego, ze poeci nie tylko nie moga na siebie patrzec, ale jeszcze jeden drugiemu zaczyna przeszkadzac w tym, co robi, czyli w pisaniu. W obu grupach bylo podobnie i skończylo się raczej na niczym, nigdy nie powstaly zadne wspólne antologie. Kilka slabych wspólnych wystepów i agonia konania.

„Krak” to nie tylko grupa poetów, ale takze malarzy. Ta nazwa to skrót od Krakowa. Kilku twórców – zalozycieli tej grupy - studiowalo w Krakowie. Madrzy wspaniali, wyksztalceni, zdolni i utalentowani ludzie. Co się z nimi teraz, po 20 latach, dzieje? Nie wiem, nawet nie pamiętam ich nazwisk. Muszę tez dodac, ze tylko ja bylem z San Francisco, większosc twórców z tej grupy byla z Los Angeles i okolic. Czyli pólnocna Kalifornia kontra poludniowa.

Grupa poetycka „Niezaplacony Rent” została założona przeze mnie zaraz po przyjezdzie do Chicago w 1992 roku. Byla to zupelnie inna grupa ludzi. W grupie „Krak” wszyscy czlonkowie byli po studiach i mieli jakis dorobek artystyczny, bylismy tez rówiesnikami. „Niezaplacony Rent” to zbieranina amatorów - ludzi od 16 do 80 roku zycia. Nazwa „Niezapłacony Rent” odnosi się do trudnej sytuacji twórców polonijnych (w tym przypadku poetów). Dokładniej chodzi o niezapacony czynsz.




- W 1981 roku zdecydowal się Pan wyemigrować do Stanów Zjednoczonych. Mieszkal Pan w San Francisco; potem, po 10 latach wyjechał Pan do Chicago. Jakie jest dla Pana Chicago – „miasto nadziei”? Jakie nadzieje Pan z nim wiaze i co się z nimi stalo?

- Chicago jest miastem nadziei nie tylko dla nas, Polaków, ale i dla wielu innych nacji ze wszystkich katów swiata. Chicago jest nie tylko największym skupiskiem nie tylko Polaków, ale i Czechów, Szwedów, Litwinów, Peruwiańczyków, Nigeryjczyków na obczyźnie. Na poczatku Chicago mi się nie podobalo, porównywalem je do San Francisco. Ale drugiego takiego miasta, jak San Francisco nie ma na świecie. Z czasem jednak polubiłem Chicago i teraz bardzo dobrze się w nim czuję. Jest to wspaniałe, coraz to piękniejsze miasto. A te nadzieje to przede wszystkim praca - jest jej tutaj bardzo dużo. A wiadomo, co jest wart czlowiek bez pracy. Chicago od wielu dekad jest tym miastem, które spełnia nadzieje wielu ludzi. To, ze jest drugim miastem po Warszawie pod względem liczby mieszkajacych tu Polaków, nie jest przeciez przypadkiem. Szkoda tylko, ze Chicago spelnia sie tylko pod względem materialnym. Pod względem kulturalnym to miasto to, niestety, pustynia.




- Jak by Pan okreslil ten specyficzny stan ducha, jakim jest emigracja?

- Obawiam sie, ze dzisiaj nie mozemy mówic o jakimkolwiek „stanie duchowym” emigracji, bo takiego chyba juz nie ma. Tak samo, jak nie ma emigracji jako takiej. Sa, oczywiscie, ludzie wyjezdazjacy za praca i lepszym zyciem poza Polske, ale to nie sa zadni emigranci. Emigracja skończyla sie wraz z zakończeniem stanu wojennego w Polsce. Napisano na ten temat wiele artykulów, a przez ostatnie piec lat temat emigracji zarobkowej do Irlandii i Wielkiej Brytanii zdominowal zycie publiczne w Polsce. Nie tysiace, ale miliony Polaków wyjechaly z kraju za chlebem.

Oczywiscie, nie mozna porównywac ludzi, którzy zostali poza granicami Polski po 1945 roku, bo zmienily się granice, z ludzmi, którzy wyjechali po przygode czy po kase na Zachód kilka tygodni czy miesiecy temu. „Stan ducha” zolnierzy generalów Andersa czy Maczka byl czymś zupelnie innym niż mój „stan ducha” sprzed 30 lat. Ja zaliczam sie do tej fali emigrantów, którzy uciekli z kraju przed stanem wojennym w 1981 roku. Ludzi tych określam mianem „zlodziei czeresni”. Ich doswiadczenia emigracyjne sa inne niz wczesniejszych fal emigracji, np. tej z 1968 roku.

Sama emigracja jest po czesci wędrówka, a po czesci wspominaniem tego, co pozostalo za nami. Emigracja to takze takie rozpamiętywanie tego, co zostalo w starej ojczyznie. A to chleb mial tam lepszy smak, a to kielbasa byla smaczniejsza. Ale, niestety, zdecydowana większosc emigrantów nie wraca do kraju, a nawet o powrocie tak na powaznie nie mysli.




- Jaka jest sytuacja Polonii w Chicago? Czy nadal – tak, jak Pan pisał w listach poetyckich do Pieszyc - czuje się Pan w Ameryce „obywatelem drugiej kategorii”?

- Zawsze interesowala mnie emigracja z punktu widzenia kultury i polskosci. I tutaj nic się nie zmienilo. Nadal jestesmy „obywatelami drugiej kategorii”. Kultura polska „jako taka” w Stanach Zjednoczonych jest i temu nikt nie zaprzeczy. Ale taka polska kultura, jaka tu byc powinna, w Ameryce nie istnieje. Nie ma pism literackich, nie ma redaktorów, nie ma wydawnictw literackich, nie ma ksiazek tutaj wydawanych. Cóż dopiero mówić o promocji polskiej kultury w Ameryce! Jak swiat swiatem, zaden Polak ani tutaj ani po drugiej stronie oceanu o czyms takim jeszcze nie slyszal.

Polska kultura w Stanach wlasciwie nie istnieje i tak na dobra sprawe jest Amerykanom zupelnie nieznana. Tak jest juz od wielu pokolen. Sytuacja Polaków w Chicag pod wzgledem ekonomicznym ma się zupelnie dobrze. Sa ludzmi gospodarnymi, ciezko pracujacymi. Amerykanie lubia Polaków i chetnie ich zatrudniaja, bo pracujemy sumiennie i rzetelnie. Niestety, pod wzgledem kultury i polityki jestesmy – tak, jak kiedys napisalem - „obywatelami drugiej kategorii”, poniewaz nie inwestujemy w swoich polityków, ani w kulture. Dowodów na to mamy miliony - brak Polaków w lokalnych wladzach, brak pisarzy o polskich korzeniach, itd. Ale pisanie o tym to wyrywanie zebów „na zywca”.



- Co to znaczy, wedlug Pana, byc Polakiem, byc patriota poza granicami naszego kraju?

- Byc Polakiem poza krajem to wielka odpowiedzialnosc rozlozona na ramiona wszystkich Polaków. O tej odpowiedzialnosci nie wszyscy wiedza. A przed kim odpowiadamy? Przede wszystkim przed nami samymi, przed naszymi braćmi i siostrami, przed ojczyzna. Jak Amerykanie widza Kowalskiego, tak Ameryka widzi Polskę.

Czasami się zastanawiam, co to za Polak… Co to za patriota, który rocznie nie wydaje jednego dolara na ojczysta kulture? Polacy slyna w Ameryce z ciezkiej, prawie morderczej pracy. Lubimy pracowac, ale jako grupa malo inwestujemy w siebie, w swoja kulture narodowa, itd. Tak widzę i pojmuje polski patriotyzm: inwestycja we wlasna kulture, a nie ucieczka przed i od niej.




- Pana losy to tulaczka emigranta. Czy czegosc Pan zaluje w swoim zyciu?

- Tulaczka to slowo z XIX wieku; w pierwszej polowie XXI wieku ono jakosc archaicznie brzmi. Poza tym nigdy sie nie tulalem, ale podróżowalem. Zwiedzilem ponad 20 krajów, bylem w wielu stolicach na calym swiecie. Przez wiele lat bylem wlascicielem najwiekszych księgarn z ksiazka polska w Ameryce. Poznalem osobiscie dwóch najwybitniejszych poetów drugiej polowy XX wieku - Czeslawa Milosza i Josepha Brodsky’ego. Bylem swiadkiem i uczestnikiem wielu spotkań poetyckich, m.in. z Allenem Ginsbergiem. W sumie nigdy nie czulem się, jak emigrant i nie czuję się nim do dzisiaj. Mimo, ze zycie emigrantów to glówny temat mojej twórczosci.

Czego najbardziej zaluje w swoim zyciu? To trudne pytanie. Moze tego, ze tak malo przywiazywalem i przywiazuje uwagi do swojej poezji w języku angielskim. Przeciez mieszkam tutaj prawie 30 lat i tak naprawdę to nawet nie mam jednego, porzadnie zrobionego tomiku w języku angielskim. Polskoscw Ameryce pochlonęla mnie zupelnie - teraz trochę tego zaluje. Moglem szukac równowagi, ale nigdy tego nie zrobilem.




- Jaka jest amerykańska mentalnosc i czym rózni sie od polskiej?

- Ciezko to porównywac, bo róznimy sie ogromnie i to pod wieloma wzgledami. Amerykanie to przede wszystkim protestanci, a Polacy - katolicy. Mozna morze atramentu na ten temat wylac, ale ja powiem krótko: jezeli ktos dostrzega róznicę pomiędzy swietem 4th of July a 11 listopada, będzie wiedzial, co mam na mysli. Chodzi mi o sposób obchodzenia tych swiat przez Polaków i przez Amerykanów. Amerykanie za wszystko, co otrzymaja, dziekuja Panu Bogu; my, Polacy o wszystko Pana Boga prosimy. Nie bede ukrywal, ze amerykańska mentalnosc podoba mi się o wiele bardziej niz polska. Ciezko sie zyje ze swiadomoscia, ze ma sie polska mentalnosc, ale dziekuje Bogu, ze jestem Polakiem. Moglo byc gorzej.




- Jak ocenia Pan obecny stan amerykańskiej poezji?

- Najbardziej interesuje mnie poezja, a nie poeta i jego zyciorys, jego szkoły i mistrzowie. Ale – zeby byc sprawiedliwym - trzeba powiedziec, ze w wielu przypadkach zyciorys poety bardzo przeplata sie z jego twórczoscia. Mimo wszystko nie interesuje mnie to, kto ile wypil wódki a ile rozlal atramentu. Z kim kto spal, a kto jest ojcem? Ile poeta mial kochanek lub kochanków? To sa dla mnie sprawy drugorzędne. Mnie najbardziej interesuje poezja, tylko ona jest istotna. Twórczosc, dopiero pózniej twórca, nie odwrotnie.

Ameryka jest wielka i jej poezja jest wspaniala. Tak naprawdę kazda czesc Ameryki ma swoich ulubionych poetów. W Polsce sa dwa czy trzy czasopisma, wokól których „kręci się” polska poezja. W Stanach takich pism sa setki, na każdej uczelni jest wydawane pismo literackie, itp. Mówienie ogólnie o stanie amerykańskiej poezji to porywanie się z motyka na ksiezyc.

W Stanach Zjednoczonych rok w rok wychodza antologie poezji. Do najwazniejszych zaliczana jest the Norton Anthology of Poetry. Taka antologia jest jakby latarnia rzucajaca swiatlo na to, co się dzieje w amerykańskiej poezji w danym roku. W Polsce antologie wychodza raz na jedna dekadę. Mozna zebrac wszystkie polskie pisma literackie i spoleczno-kulturalne z jednego roku i w przeciagu 48 godzin na ich podstawie mozna sie dowiedziec, co się takiego wydarzylo w polskiej poezji w danym roku. Tutaj, w Stanach, jest to przeogromna rzeka z tysiacem róznych doplywów. Nalezy tez pamiętac o tym, ze w Stanach pisanie i uczenie poezji to zajęcie bardzo poplatne i tysiace poetów zyje wlasnie z tego. Nie da się tego porównać z sytuacja panujaca w Polsce.




- Którego amerykańskiego poetę ceni Pan najbardziej?

- Znam wielu amerykańskich poetów, których bardzo lubię i cenię; czytam ich wiersze, czasem nawet przekladam je na język polski. Najbardziej interesuje mnie poezja drugiej polowy XX wieku, dlatego poeci z tego okresu zdecydowanie dominują w moim poetyckim zyciu. Sa to: Carl Sandburg, Langston Hughes, Denise Levertow, Randall Jarrell, Robinson Jeffers, Robert Hass, Allen Ginsberg, Robert Creeley, Robert Bly, John Berryman, Amiri Baraka, John Ashbery, C.K. Williams, Gary Snyder, Frank O’Hara, Charles Olson. Nie mam jednego idola. Bardzo duzo czytam poezji; dzień bez czytania wierszy uważam za dzień stracony. Kiedyś, bardzo dawno temu, uwazalem się za ucznia Allena Ginsberga i dzień, w którym go spotkalem w City Lights Bookstore w San Francisco, uwazalem za najwazniejszy dzień w moim zyciu. Tak myslalem przez wiele lat. Az pewnego dnia doszedlem do wniosku, że Allen Ginsberg to szalenie zdolny grafoman, autor zaledwie kilku wspanialych wierszy – takich, jak „Howl” czy „Kaddish for Naomi Ginsberg (1894-1956)".

Nie będę ukrywal, ze wielu z wyzej wymienionych poetów mialem okazje poznac osobiscie, bywać na ich wieczorach poetyckich. Czasem porównuje poezje bardzo mi bliskich poetów kalifornijskich (tzw. San Francisco Renaissance) z poezja poetów z Nowego Jorku (tzw. The New York School). Ale bitnicy nigdy mi się nie znudzili. A Frank O’Hara i jego koledzy po piórze na dzień dzisiejszy nudzą mnie.




- W jednym z wywiadów powiedzial Pan, ze posiada Pan „wlasny, rozpoznawalny styl”. Czy potrafilby Pan okreslic, czym on sie charakteryzuje?

- Moja poezja jest tzw. poezja spoleczno-zaangazowana. Styl moich wierszy to takie zwierze, skladajace się z moich duchowych mistrzów, a sa nimi: Walt Whitman, Bob Dylan, Carl Sandburg i Charles Reznikoff. Móglbym jeszcze dodac Roberta Creeleya. Ta piatka, czyli czterech muszkieterów Adama L. plus piaty rezerwowy, w duzym stopniu wyrobila we mnie poglad na wspólczesna poezje amerykańska. Ale samemu mi nie wypada pisac o sobie samym. Znakiem szczególnym mojej twórczosci jest zainteresowanie tymi, którym dzieje się krzywda, slabi. W moim przypadku to emigranci.





- Napisal Pan wiersz o „najczarniejszym poecie bialej Ameryki”- Langstonie Hughesie – jednym z najwybitniejszych murzyńskich poetów. Co Pana zafascynowalo w tej postaci?

- Kiedys mialem dziewczyne - Murzynke, piekna i bardzo madra. Poznalem ja w stolówce studenckiej w San Francisco. Ona studiowala bankowosc, a ja poezję amerykańska I tak zaczęla sie moja znajomosc z kultura amerykanskich murzynów. O Langstonie Hughesie wiedzialem malo – w zasadzie nic - poza tym, co moglem wyczytac z jego ksiazek na lekcjach poezji. Ta dziewczyna przedstawila mnie muzykom, którzy spiewali bluesowe piosenki napisane przez Langstona. I tak po nitce do klebka coraz bardziej wciagalem sie w jego poezję. Az zaczalem ja tlumaczyc.

Spodobala mi się ta poezja, poczulem jej bliskosc. Byla „pod moja skóra”, jak mówia ludzie z moich stron, z Pieszyc na Dolnym Slasku. Spodobalo mi sie myslenie poety o wspólczesnym mu swiecie, a przede wszystkim jego interpretacja rzeczywistosci amerykańskiej. Zajrzalem do jego biografii. Chociaż nigdy nie bylem w Ameryce glodny, czy bez pracy, to doskonale rozumialem jego wiersze. Poza tym nie trzeba być czarnym obywatelem tego kraju, aby zrozumieć takie wiersze, jak „Ku Klux Klan” czy „Message to the President”. W poezji Hughesa najbardziej podoba mi się walka o prawa i wolnosci obywatelskie. Jego doswiadczenia próbuje przelozyc na ogladanie Ameryki oczami emigranta z kraju, w którym nie bylo wolnosci. Ale Langston pisal nie tylko wiersze spoleczno-zaangazowane, ale także wiersze dla dzieci i mlodziezy, ukladal piosenki dla muzyków jazzowych i bluesowych. Musimy pamiętac o tym, ze urodzl sie w roku 1902, byl dzieckiem swojej epoki. Jego poezja jest i liryczna i zarliwa, porywcza, ostra, jak brzytwa i cierpka, kontrowersyjna. A przede wszystkim nikt w Ameryce tak, jak on nie wykorzystal codziennych slów do oddania rzeczy wznioslych i waznych.

Poezja Langstona bardzo do mnie przemawiala, czesto w jakiś sposób się z nia identyfikowalem. Jego twórczosc nadal do mnie przemawia, chociaz dawno juz od niej odszedlem i wybralem sobie innych przewodników poetyckich. Poprzez poezję chce takze poznawac Ameryke i Amerykanów. Poezja jest - wedlug mnie - najciekawszym sposobem poznawania innych narodów. Homer moze byc tego doskonalym przykladem.




- Czy uwaza Pan za zasadne dzielenie poezji na polska, amerykańska, murzyńska, polonijna, itp.?

- Niestety tak. Poezja nie powinna byc grupowana, ale, niestety, nie da sie inaczej. Trzeba dzielic. Sama poezja emigracyjna dzieli sie na kilka podgrup, np. polonijno-wspominkowa, religijno-patriotyczna, amerykansko-polonijna.




- Tlumaczyl Pan wiersze wielu poetów z roznych czesci swiata – czy poezja wydaje się Panu bardziej narodowa czy uniwersalna?

- Wedlug mnie poezja powinna byc jednym z glównych kierunków poznawania innych narodów, ich kultury, dorobku i dziedzictwa narodowego. Niestety, poezja polska z epoki romantyzmu byla zbyt narodowa, aby ja dzisiaj tlumaczyc na inne jezyki. Jest wlasciwie nieprzetlumaczalna. Ale w tym przypadku nieprzetlumaczalnosc jest jej pieknem. Uniwersalizm to nic innego, jak dzielo, z którym wiele innych osób moze sie identyfikowac.





-




- Czeslaw Milosz napisal o Panu: „A więc jednak oplaca się pisac prawde, i to wlaśnie Pan robi, wbrew przyjetym opiniom, ze "poezja" to co innego niz pisanie prawdy.”. Czym dla Pana jest poezja? A czym prawda w poezji?

- Poezja jest dla mnie tym wszystkim, o czym juz wczesniej wspominalem. „Pan Czeslaw” - tak się do niego zwracalem - napisal w jednym z listów do mnie, ze „piszę prawdę”. Mial na mysli rzeczywistosc. Bo czym jest prawda, jesli nie rzeczywistosia? Niczego nie upiększam, niczego nie dodaję do swojej poezji. Nie wymyslam swoich wierszy, nie szukam ich, one po prostu sa obok mnie. Wystarczy się tylko rozejrzeć wokól siebie.

Musimy jednak pamiętac o tym, ze nie kazdy szuka prawdy. Nie zawsze jest ona piękna, a nawet nie zawsze jest ladna. Czesto jest poszukiwana listem gończym przez policję, jak przestępca. Odkryte zostaje to, co wielu wolaloby, aby bylo zakryte. Prawda, niestety, więcej zniszczyla niz wybudowala. Jedni mówia, ze prawda polega na zgodnosci umyslu z rzeczywistoscia. Inni utrzymuja, iz prawdziwe jest to, co jasne i wyrazne.

- Dziękujemy za rozmowe.



Agnieszka Szymanik, Juliusz Bolek
Jureczek
 
Posty: 2522
Dołączył(a): N, 20.05.2007 09:22
Lokalizacja: Warszawa

Re: Adam Lizakowski - 30 lat pisania

Postprzez Jureczek Wt, 26.01.2010 18:30

Witam,

Drodzy przyjaciele,

wejdzcie na podany nizej adres a tam jest krotka relacja z pobytu (30 lecie pracy tworczej ) Adama w New Jersey, na Filadelfie trzeba bedzie jeszcze troszke poczekac

pozdrawiam

Adam





Wejdz na www.malapolska.com i wybierz modul VIDEO, a potem odtwarzaj filmiki "Lizakowski 1,2,3,4.....8"
Jureczek
 
Posty: 2522
Dołączył(a): N, 20.05.2007 09:22
Lokalizacja: Warszawa

Re: Adam Lizakowski - 30 lat pisania

Postprzez Longin_Legutko Pt, 03.04.2015 00:05

Kochani Państwo!
Od kiedy Lizakowski jest poetą?
Bo w Chicago jest znany jako oszust literacki.
Nie powtarzajcie bzdur. Zakrzyjcie na inne fora:


www.ProgressForPoland.com
www.doba .pl
http://bienczycka.com/blog/?p=3596

Lizakowski zawsze staczał się w grafomanię wulgarną i fizjologiczną… W Chicago od dawna nieliczni tam ludzie pióra zastanawiają się nad tożsamością poety, skąd ta potworna różnica w poziomie jego wierszy (vide: wiersz o Szymborskiej, Różewiczu, Iwaniuku, Barańczaku, których to twórców poeta z „South Chicago” traktuje jak zaprzyjaźnionych kumpli)… Reklamujecie bezwiednie przerażającego oszusta pomijając zawstydzające potworki, które w tak ogromnej ilości wypływają spod jego pióra. Lizakowski rozłożył na łopatki wątle życie kulturalne Polonii, ośmieszył ją w oczach czytelnika krajowego i wprowadził wśród pisarzy emigracji podziały i animozje. Dąży jedynie do taniego poklasku, fałszując fakty (Miłosz i Giedroyć), podwiesza się do wszystkich tych, którzy zapisali się w jakiś sposób w historię literatury emigracyjnej. A w Polsce tak nas piszą, jak nas widzą.
Lizakowski jest nikim innym, tylko agentem nasłanym by rozbijać emigrację, ośmieszać ją i skłócać.
Jego powrót do Polski przyjęty został z wielką ulgą.

A oto, co pisało się o tym Nikodemie Dyzmie już w latach 90. ub. wieku:

"Poezja fizjologiczna" czyli o Czeslawie Miloszu i jego wielbicielu, Adamie Lizakowskim z Chicago.
______________________________________________________

Wielu poetów bardzo zabiega o swego czytelnika – nie po to, aby się przypodobać, lecz dać mu do ręki literaturę najwyższych lotów. Ta konkurencja trwa w piśmiennictwie literackim od początków jego istnienia. I jest to zjawisko godne szacunku: stanowi istotny element procesu tworzenia, a jednocześnie przesądza natychmiast o tym, czy ktoś rzeczywiście jest literatem czy też nie.
A więc, poeta, prozaik, krytyk, eseista czy personalista? Na pewno nie dziś . Dziś liczy się biznes, a biznes pociąga za sobą trywializację tworzenia i upadek wyobraźni twórczej. Piszę o tym, ponieważ są to paradoksy współczesnej literatury, która zaprzepaszczając wielowiekowe doświadczenia – owo historyczne paliwo – zeszła do parteru wulgarnej kontestacji; z wyboistych dróg przeszłości robi gładki beton, po krórym prześlizguje się miernota, tromtradacja i literackie spryciarstwo.
Mniej więcej w połowie lat 80-tych tu i ówdzie odezwały się głosy, które można nazwać lamentacją nad stanem współczesnej literatury polskiej. Tej krajowej, i tej emigracyjnej. Niestety, jest to wołanie na pustyni – zalewa nas bowiem potop taniego czytelnictwa i jeszcze tańszego grafomaństwa. Odkąd wymarły autorytety i mecenasem pokolenia wstępującego na Panteon sztuki pisarskiej przestały być liczące się pisma literackie – każdy dewiant z przypadłością literacką może dziś wydać tomik wierszy czy opublikować dzienniki czy powieść. Nieistotna jest wartość artystyczna tych paranoicznych eksperymentów – ważne jest tylko to, czy przypuszalny „wieszcz” dysponuje odpowiednią gotówką na pokrycie kosztów druku. Im więcej stron cennego maszynopisu, tym więcej papierków trzeba wcisnąć do ręki wydawcy, któremu zawsze bardziej chodzi o te papierki niż o maszynopis. Samego „dzieła” na ogół nikt nie czyta ani nie ocenia przed oddaniem do druku, ani... także potem. Wiekopomne strofy wędrują na ogół do piwnic, skąd rozdawane są najbliższym wielbicielom „talentu” lub rozsyłane do przeróżnych organizacji polskich czy uniwersytetów, gdzie wzbudzają powszechną wesołość. Szczególnie w Polsce śmieją się już głośno z twórców emigracyjnych i mają ich za z lekka upośledzonych półkretynów. Tak oto zburzenie zasieków między światem Zachodu i Wschodu otworzyło oczy krytyce literackiej w Polsce na stan twórczości emigracyjnej. Nawet sam noblista, Czesław Miłosz, nie ustrzegł się od cierpkich uwag na temat swej poezji; poezji, która nigdy nie była najwyższych lotów, a już zupełnie nie jest nią dzisiaj, gdy mit nagrody Nobla czyni Miłosza nietykalnym.
Co ciekawsze, przykład z góry ma swoje żelazne konsekwencje. Liczni maniacy chcą przebić Miłosza w pogoni za Noblem i sławą. Małpują go w poezjowaniu, chwalą się przychylną oceną swoich tekstów przez noblistę. Ba, aby jak najlepiej zaanonsować się na rynku księgarskim, zamawiają w prasie polskiej płatne ogłoszenia, w których cytują wypowiedzi Miłosza, Barańczaka czy innego uznanego autora na temat wydanej właśnie
„twórczości”. Zabiegi tego rodzaju są na emigracji dość rozpowszechnione, prym zaś w nich wiedzie chicagowski literat, Adam Lizakowski, którego pomysłowość i wytrwałość w zdobywaniu uznania stała się anegdotą nie tylko po amerykańskiej stronie oceanu, ale zawędrowała już do Warszawy. Tajemnicą polisznela jest, że pan Lizakowski sam się polecił do nagrody literackiej w Fundacji Kościelskich; do tego wszyscy zdążyli się przyzwyczaić. Najweselsze rzeczy dzieją się, gdy wieszcz z Jackowa pojawia się w Starym Kraju. Ile razy staje on na płycie Okęcia, tyle razy całe Stowarzyszenie Pisarzy Polskich w Warszawie ucieka poza granice miasta, by uniknąć spotkania z nachałem chwytającym poetów i krytyków na ulicy za rękawy i wciskającym im swoje broszury z wierszami. Za każdym razem Lizakowski recytuje też wielce przychylną opinię Czesława Miłosza na temat swego poezjowania. Powtarza ją tak natrętnie, że niezadługo będzie ją znał na pamięć każdy warszawski ulicznik – tak te sceny wrosły już w atmosferę Krakowskiego Przedmieścia.
Cóż takiego ten Miłosz napisał Lizakowskiemu w referencjach? Przypomnijmy to jeszcze raz.
Cytat: „ Drogi Panie Adamie! Otrzymałem Pana wiersze i przeczytałem je zaraz, co u mnie nie jest częste, bo dostaję mnóstwo skryptów i po zaglądnięciu odkładam... A więc jednak opłaca się pisać prawdę czy też starać się pisać prawdę, i to właśnie Pan robi, wbrew przyjętym opiniom, że „poezja” to co innego niż pisanie prawdy. Nawet z tak okropnej rzeczywistości, jak polskie Chicago, można więc coś zrobić”. Koniec cytatu. (Tekst listu Miłosza publikowany jest na okładkach tomów wierszy Lizakowskiego).
Nieco bardziej dosłownie wypadła opinia o twórczości A.Lizakowskiego w ustach Kazimierza Brauna, którego Lizakowski dopadł na uniwersytecie w Buffalo. Braun – licząc na niewątpliwą bystrość umysłu przyszłego wieszcza – starał się delikatnie dać mu do zrozumienia to i owo, ale też w końcu i on zlitował się nad biedakiem i swoją recenzję tomu „Złodzieje czereśni”, wydanego po kumpelsku w 1990 roku w jednoosobowym wydawnictwie Artex Publishing, Inc. na domowym komputerze Leszka Zielińskiego (też wieszcz!) w Stevens Point, sformułował Braun następująco:
Cytat: „Drogi Panie Adamie! Przeczytałem Pana tom, jak to się mówi „jednym tchem”. Bardzo Panu dziękuję za tę lekturę. Szukam określeń, przymiotników, pochwał, które by oddały moje wrażenia... Przychodzi mi to z trudem, bo wrażenia są bardzo głębokie i bardzo silne. Myślę, że jest to znakomita literatura, i że są w Pana pisarstwie okruchy najszczerszej poezji (jak te grudki złota, o których Pan wspomina). Zwłaszcza jednak, po raz pierwszy przeczytałem w moim życiu, może poza niektórymi napomknieniami Heleny Modrzejewskiej (bo jej listy zasłaniają jej przeżycia) prawdę na temat rzeczywistości wewnętrznej emigranta – wygnańca – osadnika polskiego w Ameryce (...)”.
Bardzo zabawne, że adresat tych obydwu majstersztyków dyplomacji krytyczno-literackiej wziął je za dobrą monetę i opublikował w płatnych ogłoszeniach w prasie polskiej, jak też na okładce i wewnątrz tomu wierszy, zatytułowanego jak należy „Współczesny prymitywizm. Wiersze i poematy 1986-1992”. Trzeba podkreślić, że tym razem tom został złożony na własnym komputerze A.Lizakowskiego, który podpisał wydanie nazwą grupy poetyckiej „Niezapłacony Rent”, jaką uformował w 1993 osobiście w Chicago z młodych wielbicieli swego talentu i klakierów.
O co w tym wszystkim w końcu chodzi?
Odpowiedź na to pytanie znajdziemy najszybciej, zaznajamiając się z osobistymi wypowiedziami samego Lizakowskiego, który bardzo obszernie i bardzo chętnie mówi o sobie i odsłania własne poglądy na temat literatury. Wystarczy w tym celu przekartkować jego tomy poezji, gdzie umieszcza on nie tylko same wiersze, ale też kopie owych sławetnych ogłoszeń prasowych z wypowiedziami sławnych pisarzy na swój temat, listy, kwity i wszystko to, co wydaje mu się przydatne do lansowania siebie jako poety. Najlepiej, aby tego było jak najwięcej z autografami uznanych nazwisk. Cała przyszłość jest jeszcze przed nim, bo dotąd upolował dopiero dwa takie zaświadczenia.
Adam Lizakowski urodził się w Pieszycach pod Dzierżoniowem na Dolnym Śląsku. Pierwsze wiersze wydrukował w roku 1980 w „Tygodniku Kulturalnym”. W rok później emigruje jako uchodźca polityczny przez Austrię do USA i osiada w San Francisco. Od 1991 r. mieszka w Chicago, gdzie egzystuje, wspólnie z Anną Luniewską, dwóch lokali o przeznaczeniu biznesowo-kulturalnym. Sprzedaje się tam m.in. książki, urządza zebrania handlarzy kosmetyków „Mary Kay” i „Amway”, a także udostępnia lokal na okazjonalne wystawy czy spotkania poetyckie, głównie grupy „Niezapłacony Rent”. Unpaid Rent Poetry Group składa się z mało doświadczonych ludzi pióra, którzy próbują swoich sił w poezji wzorując się czołobitnie na twórczości szefa grupy.
Dotychczasowy dorobek literacki A.Lizakowskiego, to rozproszone wiersze w prasie emigracyjnej i polskiej. W 1984 r. ukazuje się w San Francisco pierwszy tom wierszy Lizakowskiego w jęz. polskim i angielskim – „Cannibalism Poetry”, zaś dwa lata później wydaje na spółkę z weteranem wojny wietnamskiej, Nealem M.Warrenem, wiersze po angielsku „Anteroom Poetry”(1986). Żaden z tych tomików nie przynosi Lizakowskiemu nic poza atrakcją bibliograficzną – tak się robi, aby przysporzyć sobie chwały wśród Polaków, a przede wszystkim w Polsce, gdzie na pewno uwierzą, że autor bierze aktywny udział w „amerykańskim” życiu literackim, co zwykle nie jest prawdą.
Prawdziwa twórczość A.Lizakowskiego, to głównie trzy tomiki poetyckie: wydane w Dzierżoniowie „Wiersze amerykańskie”(1990), następnie „Złodzieje czereśni”(Stevens Point, Wisconsin) – także w 1990 r. oraz „Współczesny primitywizm. Wiersze i poematy 1986-1992”(Chicago 1992). Okładka „Złodziei czereśni” przynosi dwie najnowsze laurki pochwalne na cześć autora – jedna jest z wrocławskiej „Odry” i krótko stwierdza, że „Lizakowski spaja w swej poezji w twórczy sposób poetykę naszej Nowej Fali z doświadczeniami warsztatowymi nowej poezji amerykańskiej”, druga jest z „San Francisco Review Books” i nazywa Lizakowskiego „bardem poezji jazzowej”, podobno bardzo popularnej w San Fracisco, o czym nikt nie wie.
Nie wiadomo, czy A.Lizakowski dostatecznie orientuje się, do czego przypisuje się jego pisanie i czy w ogóle wie, co to jest Nowa Fala, która ukonstytuowała się w Polsce w latach 70-tych. Niewątpliwie, mógł o to zapytać Urszulę Kozioł z „Odry”, która zna się na polityce i na poezji lepiej od niego. Niewątpliwie, Nowa Fala raczej nie jest ruchem literackim, który byłby odpowiedni dla poety emigracyjnego, który przeszedł przez obóz dla uchodźców politycznych i swoją azylancką legitymację megalomańsko zamieszcza na okładce ostatniego zbioru wierszy („Współczesny prymitywizm”). Nie wiadomo też, dlaczego Lizakowski zabiega akurat o opinię „Odry”, gdzie poezję polską od dziesięcioleci sądzi towarzyszka Urszula Kozioł. Widocznie zadziałało tutaj pokrewieństwo dusz, temperamenty obojga są niemal identyczne.
Marzec 1968 roku i Grudzień 1970, to historia już nieco odległa. Nie wydaje się, aby
12-to czy 14-toletni Adam Lizakowski mógł w tych wydarzeniach wziąć czynny udział. Tak samo, nie mógł działać w tworzeniu oblicza Nowej Fali; najwyżej jako wtórny jej naśladowca, epigon, po upływie dziesiątka lat od powstania ruchu.
Czym była Nowa Fala? Było to pokolenie Adama Zagajewskiego i Juliana Kornhausera wierne ich traktatowi krytyczno-literackiemu, zawartemu w głośnej książce pt. „Świat nie przedstawiony”(1974) – Ewa Lipska, Bohdan Zadura, Stanisław Barańczak, Krynicki, Karasek i inni – wszyscy wychowali się i wyhołubili literacko w ramach realizmu socjalistycznego. Było to także pokolenie, które krzycząc „prasa nie kłamie” miało najczęściej na myśli Wolną Europę i żyło wiarą w reformowalny marksizm. Nowa Fala nigdy nie stworzyła jednolitego programu poetyckiego, nie była też nigdy antyustrojowa, antysocjalistyczna, lecz marzył jej się ustrój komunistyczny „z ludzką twarzą”. I choć pokoleniowo uformowały ich wydarzenia Marca 68 i Grudnia 70, to nigdy nie zdobyli się na stanowczy protest polityczny. Niedługo potem Zagajewski i Barańczak wyjechali na Zachód, gdzie zapamiętale usiłują zatrzeć ten okres swojej aktywności twórczej. Niestety, przeszłość stale budzi się w ich późniejszej twórczości i jest to kształt upiora, którego wciąż lansuje „Odra”. Upiora, który straszy po nocach, ale i zmusza do refleksji.
Adam Lizakowski jest ignorantem w tych sprawach, co bardzo kompromituje go w oczach emigracji. Jego stopka biograficzna podkreśla, że studiował literatury słowiańskie w Berkeley pod okiem Czesława Miłosza, więc ma on prawo niektórych rzeczy nie wiedzieć. Na lewackim uniwersytecie nie wolno przecież głośno krytykować realizmu socjalistycznego. Zresztą, pan Lizakowski, mimo że uchodźca polityczny, polityką jakoś mało się interesuje. Jego credo poetyckie mówi, że wiersze rodzą się w jego wnętrzu „pod wątrobą, sercem, płucami”(„Moje wiersze”). Sam poeta „owinien być psem, który wkłada nos do śmietnika ulicznego”(„Poeta”), „ma krzyczeć przez zaciśnięte zęby”, „być nieszczęśliwym aż do granic nieszczęśliwości” i „jednocześnie merdać ogonem od samego rana”...
Teksty Lizakowskiego, pełne ulicznych wulgaryzmów słownych i futuryzmów pozbieranych z cudzych wierszy, są odbiciem świata, w którym ich twórca bezpośrednio się obraca – jest to świat kaleki intelektualnie, brutalny, prostacki. Świat, w którym nawet Bóg nie ma racji i myli się na każdym miejscu („Spowiedź chuligana”). Są to teksty, które nieustannie osaczają swym prymitywizmem, a ten z kolei nieustannie stroi się na katastrofizm. Nieodparcie, w pisaniu tym nadaje ton poza, blagierstwo, wynaturzona negacja, efekty deklamatorskie. Język tych utworów – kaleki, często niecenzuralny – jest odbiciem kalekiej wyobraźni, która zatraciła zdolność rozpoznawania i nazywania rzeczy i zjawisk. Jeśli to ma być rzeczywistość wewnętrzna emigranta, to rację ma prof.Kazimierz Braun, że nie sposób znaleźć tutaj odpowiednich określeń, bo jest to rzeczywistość chora, paranoiczna, a w przypadku samego Lizakowskiego, który wydala swoje wiersze gdzieś spod wątroby – dodatkowo kabotyńska.
Ach, te męki twórczego rodzenia i wydalania w bólach poetyckiego kału! Nic dziwnego, że poeta Adam Lizakowski tak nienawidzi swoich wierszy. Podpatrzona u Kornhausera efektowna szarpanina bólu, szamotania, obłędu, mroczna atmosfera tych wierszy, określających się jako wytwór fizjologicznego procesu wnętrzności autora, wcale nienajzdrowszych, posiada na pewno swój własny urok. Niektórym czytelnikom z Jackowa może się to podobać. Zwłaszcza, gdy odczytać niektóre wiersze w knajpie przy kieliszku dobrej wódki. Jednak, jak trafnie ostatnio zostało powiedziane: „twórczość Lizakowskiego jest nieustannym podpatrywaniem wielkiej poezji przez dziurkę od klucza i pewnie w samym Lizakowskim jest tyle jadu oraz nieuzasadnionej agresji. On po prostu wie, że wielkim poetą nigdy nie będzie” („Między nami poetami. Wywiad z Edwardem Duszą, laureatem nagrody literackiej im.Al.Janty” /w:/ „Arkusz Literacki” 1995 nr 1).
No cóż, nie każdemu dane jest wielkie przeznaczenie. Jedni tworzą głową, a niektórzy wydalają swoje wiersze inną częścią ciała. Jak to w życiu.
Na koniec przytoczmy w całości jeden z ostatnich wierszy Adama Lizakowskiego, który opublikowała w czerwcu ubiegłego roku paryska „Kultura”:


to czego potrzebuję
to wiersze
dużo wierszy
całe stosy wierszy
wagony wierszy
wiem, gdzie wiersze się rodzą
słyszę nowonarodzonych płacz
wiem, gdzie wiersze umierają
słyszę ich ciche konania
pomiędzy ich życiem a śmiercią
rozmawiam z nimi
czasem spisuję rozmowę
nie rozmawiam o tym z bogiem
jestem nasieniem wiersza
jestem płytą nagrobną wiersza

(A.Lizakowski „To czego potrzebuję”)


Bardzo trafnie powiedziane. Przez całe stulecia nikt nie urządził polskiej poezji lepszego pogrzebu.


Autor: Mirosława Kruszewska
__________________

(Esej powyższy opublikowany został po raz pierwszy w „Dzienniku Nowojorskim” oraz w chicagowskiej mutacji 26-go maja 1995 roku)
Longin_Legutko
 
Posty: 1
Dołączył(a): Cz, 02.04.2015 23:30

Re: Adam Lizakowski - 30 lat pisania

Postprzez helengee So, 10.10.2015 07:58

takze waskiemu gronu krytyków i recenzentów.
sbobet mobile
helengee
 
Posty: 2
Dołączył(a): Śr, 07.10.2015 05:34

Re: Adam Lizakowski - 30 lat pisania

Postprzez misi4k Wt, 31.07.2018 11:41

darmowe ogłoszenia możecie dodać tutaj: https://bstok.pl/ogloszenia/
misi4k
 
Posty: 103
Dołączył(a): Śr, 09.11.2016 20:41

Re: Adam Lizakowski - 30 lat pisania

Postprzez zagiel44 Wt, 31.07.2018 20:41

Zapraszam do siebie moze odmieni to zycie panskie ...
zagiel44
 
Posty: 55
Dołączył(a): Pn, 02.11.2015 15:56


Powrót do Wasza twórczość



cron