Kochani Państwo!
Od kiedy Lizakowski jest poetą?
Bo w Chicago jest znany jako oszust literacki.
Nie powtarzajcie bzdur. Zakrzyjcie na inne fora:
www.ProgressForPoland.comwww.doba .pl
http://bienczycka.com/blog/?p=3596 Lizakowski zawsze staczał się w grafomanię wulgarną i fizjologiczną… W Chicago od dawna nieliczni tam ludzie pióra zastanawiają się nad tożsamością poety, skąd ta potworna różnica w poziomie jego wierszy (vide: wiersz o Szymborskiej, Różewiczu, Iwaniuku, Barańczaku, których to twórców poeta z „South Chicago” traktuje jak zaprzyjaźnionych kumpli)… Reklamujecie bezwiednie przerażającego oszusta pomijając zawstydzające potworki, które w tak ogromnej ilości wypływają spod jego pióra. Lizakowski rozłożył na łopatki wątle życie kulturalne Polonii, ośmieszył ją w oczach czytelnika krajowego i wprowadził wśród pisarzy emigracji podziały i animozje. Dąży jedynie do taniego poklasku, fałszując fakty (Miłosz i Giedroyć), podwiesza się do wszystkich tych, którzy zapisali się w jakiś sposób w historię literatury emigracyjnej. A w Polsce tak nas piszą, jak nas widzą.
Lizakowski jest nikim innym, tylko agentem nasłanym by rozbijać emigrację, ośmieszać ją i skłócać.
Jego powrót do Polski przyjęty został z wielką ulgą.
A oto, co pisało się o tym Nikodemie Dyzmie już w latach 90. ub. wieku:
"Poezja fizjologiczna" czyli o Czeslawie Miloszu i jego wielbicielu, Adamie Lizakowskim z Chicago.
______________________________________________________
Wielu poetów bardzo zabiega o swego czytelnika – nie po to, aby się przypodobać, lecz dać mu do ręki literaturę najwyższych lotów. Ta konkurencja trwa w piśmiennictwie literackim od początków jego istnienia. I jest to zjawisko godne szacunku: stanowi istotny element procesu tworzenia, a jednocześnie przesądza natychmiast o tym, czy ktoś rzeczywiście jest literatem czy też nie.
A więc, poeta, prozaik, krytyk, eseista czy personalista? Na pewno nie dziś . Dziś liczy się biznes, a biznes pociąga za sobą trywializację tworzenia i upadek wyobraźni twórczej. Piszę o tym, ponieważ są to paradoksy współczesnej literatury, która zaprzepaszczając wielowiekowe doświadczenia – owo historyczne paliwo – zeszła do parteru wulgarnej kontestacji; z wyboistych dróg przeszłości robi gładki beton, po krórym prześlizguje się miernota, tromtradacja i literackie spryciarstwo.
Mniej więcej w połowie lat 80-tych tu i ówdzie odezwały się głosy, które można nazwać lamentacją nad stanem współczesnej literatury polskiej. Tej krajowej, i tej emigracyjnej. Niestety, jest to wołanie na pustyni – zalewa nas bowiem potop taniego czytelnictwa i jeszcze tańszego grafomaństwa. Odkąd wymarły autorytety i mecenasem pokolenia wstępującego na Panteon sztuki pisarskiej przestały być liczące się pisma literackie – każdy dewiant z przypadłością literacką może dziś wydać tomik wierszy czy opublikować dzienniki czy powieść. Nieistotna jest wartość artystyczna tych paranoicznych eksperymentów – ważne jest tylko to, czy przypuszalny „wieszcz” dysponuje odpowiednią gotówką na pokrycie kosztów druku. Im więcej stron cennego maszynopisu, tym więcej papierków trzeba wcisnąć do ręki wydawcy, któremu zawsze bardziej chodzi o te papierki niż o maszynopis. Samego „dzieła” na ogół nikt nie czyta ani nie ocenia przed oddaniem do druku, ani... także potem. Wiekopomne strofy wędrują na ogół do piwnic, skąd rozdawane są najbliższym wielbicielom „talentu” lub rozsyłane do przeróżnych organizacji polskich czy uniwersytetów, gdzie wzbudzają powszechną wesołość. Szczególnie w Polsce śmieją się już głośno z twórców emigracyjnych i mają ich za z lekka upośledzonych półkretynów. Tak oto zburzenie zasieków między światem Zachodu i Wschodu otworzyło oczy krytyce literackiej w Polsce na stan twórczości emigracyjnej. Nawet sam noblista, Czesław Miłosz, nie ustrzegł się od cierpkich uwag na temat swej poezji; poezji, która nigdy nie była najwyższych lotów, a już zupełnie nie jest nią dzisiaj, gdy mit nagrody Nobla czyni Miłosza nietykalnym.
Co ciekawsze, przykład z góry ma swoje żelazne konsekwencje. Liczni maniacy chcą przebić Miłosza w pogoni za Noblem i sławą. Małpują go w poezjowaniu, chwalą się przychylną oceną swoich tekstów przez noblistę. Ba, aby jak najlepiej zaanonsować się na rynku księgarskim, zamawiają w prasie polskiej płatne ogłoszenia, w których cytują wypowiedzi Miłosza, Barańczaka czy innego uznanego autora na temat wydanej właśnie
„twórczości”. Zabiegi tego rodzaju są na emigracji dość rozpowszechnione, prym zaś w nich wiedzie chicagowski literat, Adam Lizakowski, którego pomysłowość i wytrwałość w zdobywaniu uznania stała się anegdotą nie tylko po amerykańskiej stronie oceanu, ale zawędrowała już do Warszawy. Tajemnicą polisznela jest, że pan Lizakowski sam się polecił do nagrody literackiej w Fundacji Kościelskich; do tego wszyscy zdążyli się przyzwyczaić. Najweselsze rzeczy dzieją się, gdy wieszcz z Jackowa pojawia się w Starym Kraju. Ile razy staje on na płycie Okęcia, tyle razy całe Stowarzyszenie Pisarzy Polskich w Warszawie ucieka poza granice miasta, by uniknąć spotkania z nachałem chwytającym poetów i krytyków na ulicy za rękawy i wciskającym im swoje broszury z wierszami. Za każdym razem Lizakowski recytuje też wielce przychylną opinię Czesława Miłosza na temat swego poezjowania. Powtarza ją tak natrętnie, że niezadługo będzie ją znał na pamięć każdy warszawski ulicznik – tak te sceny wrosły już w atmosferę Krakowskiego Przedmieścia.
Cóż takiego ten Miłosz napisał Lizakowskiemu w referencjach? Przypomnijmy to jeszcze raz.
Cytat: „ Drogi Panie Adamie! Otrzymałem Pana wiersze i przeczytałem je zaraz, co u mnie nie jest częste, bo dostaję mnóstwo skryptów i po zaglądnięciu odkładam... A więc jednak opłaca się pisać prawdę czy też starać się pisać prawdę, i to właśnie Pan robi, wbrew przyjętym opiniom, że „poezja” to co innego niż pisanie prawdy. Nawet z tak okropnej rzeczywistości, jak polskie Chicago, można więc coś zrobić”. Koniec cytatu. (Tekst listu Miłosza publikowany jest na okładkach tomów wierszy Lizakowskiego).
Nieco bardziej dosłownie wypadła opinia o twórczości A.Lizakowskiego w ustach Kazimierza Brauna, którego Lizakowski dopadł na uniwersytecie w Buffalo. Braun – licząc na niewątpliwą bystrość umysłu przyszłego wieszcza – starał się delikatnie dać mu do zrozumienia to i owo, ale też w końcu i on zlitował się nad biedakiem i swoją recenzję tomu „Złodzieje czereśni”, wydanego po kumpelsku w 1990 roku w jednoosobowym wydawnictwie Artex Publishing, Inc. na domowym komputerze Leszka Zielińskiego (też wieszcz!) w Stevens Point, sformułował Braun następująco:
Cytat: „Drogi Panie Adamie! Przeczytałem Pana tom, jak to się mówi „jednym tchem”. Bardzo Panu dziękuję za tę lekturę. Szukam określeń, przymiotników, pochwał, które by oddały moje wrażenia... Przychodzi mi to z trudem, bo wrażenia są bardzo głębokie i bardzo silne. Myślę, że jest to znakomita literatura, i że są w Pana pisarstwie okruchy najszczerszej poezji (jak te grudki złota, o których Pan wspomina). Zwłaszcza jednak, po raz pierwszy przeczytałem w moim życiu, może poza niektórymi napomknieniami Heleny Modrzejewskiej (bo jej listy zasłaniają jej przeżycia) prawdę na temat rzeczywistości wewnętrznej emigranta – wygnańca – osadnika polskiego w Ameryce (...)”.
Bardzo zabawne, że adresat tych obydwu majstersztyków dyplomacji krytyczno-literackiej wziął je za dobrą monetę i opublikował w płatnych ogłoszeniach w prasie polskiej, jak też na okładce i wewnątrz tomu wierszy, zatytułowanego jak należy „Współczesny prymitywizm. Wiersze i poematy 1986-1992”. Trzeba podkreślić, że tym razem tom został złożony na własnym komputerze A.Lizakowskiego, który podpisał wydanie nazwą grupy poetyckiej „Niezapłacony Rent”, jaką uformował w 1993 osobiście w Chicago z młodych wielbicieli swego talentu i klakierów.
O co w tym wszystkim w końcu chodzi?
Odpowiedź na to pytanie znajdziemy najszybciej, zaznajamiając się z osobistymi wypowiedziami samego Lizakowskiego, który bardzo obszernie i bardzo chętnie mówi o sobie i odsłania własne poglądy na temat literatury. Wystarczy w tym celu przekartkować jego tomy poezji, gdzie umieszcza on nie tylko same wiersze, ale też kopie owych sławetnych ogłoszeń prasowych z wypowiedziami sławnych pisarzy na swój temat, listy, kwity i wszystko to, co wydaje mu się przydatne do lansowania siebie jako poety. Najlepiej, aby tego było jak najwięcej z autografami uznanych nazwisk. Cała przyszłość jest jeszcze przed nim, bo dotąd upolował dopiero dwa takie zaświadczenia.
Adam Lizakowski urodził się w Pieszycach pod Dzierżoniowem na Dolnym Śląsku. Pierwsze wiersze wydrukował w roku 1980 w „Tygodniku Kulturalnym”. W rok później emigruje jako uchodźca polityczny przez Austrię do USA i osiada w San Francisco. Od 1991 r. mieszka w Chicago, gdzie egzystuje, wspólnie z Anną Luniewską, dwóch lokali o przeznaczeniu biznesowo-kulturalnym. Sprzedaje się tam m.in. książki, urządza zebrania handlarzy kosmetyków „Mary Kay” i „Amway”, a także udostępnia lokal na okazjonalne wystawy czy spotkania poetyckie, głównie grupy „Niezapłacony Rent”. Unpaid Rent Poetry Group składa się z mało doświadczonych ludzi pióra, którzy próbują swoich sił w poezji wzorując się czołobitnie na twórczości szefa grupy.
Dotychczasowy dorobek literacki A.Lizakowskiego, to rozproszone wiersze w prasie emigracyjnej i polskiej. W 1984 r. ukazuje się w San Francisco pierwszy tom wierszy Lizakowskiego w jęz. polskim i angielskim – „Cannibalism Poetry”, zaś dwa lata później wydaje na spółkę z weteranem wojny wietnamskiej, Nealem M.Warrenem, wiersze po angielsku „Anteroom Poetry”(1986). Żaden z tych tomików nie przynosi Lizakowskiemu nic poza atrakcją bibliograficzną – tak się robi, aby przysporzyć sobie chwały wśród Polaków, a przede wszystkim w Polsce, gdzie na pewno uwierzą, że autor bierze aktywny udział w „amerykańskim” życiu literackim, co zwykle nie jest prawdą.
Prawdziwa twórczość A.Lizakowskiego, to głównie trzy tomiki poetyckie: wydane w Dzierżoniowie „Wiersze amerykańskie”(1990), następnie „Złodzieje czereśni”(Stevens Point, Wisconsin) – także w 1990 r. oraz „Współczesny primitywizm. Wiersze i poematy 1986-1992”(Chicago 1992). Okładka „Złodziei czereśni” przynosi dwie najnowsze laurki pochwalne na cześć autora – jedna jest z wrocławskiej „Odry” i krótko stwierdza, że „Lizakowski spaja w swej poezji w twórczy sposób poetykę naszej Nowej Fali z doświadczeniami warsztatowymi nowej poezji amerykańskiej”, druga jest z „San Francisco Review Books” i nazywa Lizakowskiego „bardem poezji jazzowej”, podobno bardzo popularnej w San Fracisco, o czym nikt nie wie.
Nie wiadomo, czy A.Lizakowski dostatecznie orientuje się, do czego przypisuje się jego pisanie i czy w ogóle wie, co to jest Nowa Fala, która ukonstytuowała się w Polsce w latach 70-tych. Niewątpliwie, mógł o to zapytać Urszulę Kozioł z „Odry”, która zna się na polityce i na poezji lepiej od niego. Niewątpliwie, Nowa Fala raczej nie jest ruchem literackim, który byłby odpowiedni dla poety emigracyjnego, który przeszedł przez obóz dla uchodźców politycznych i swoją azylancką legitymację megalomańsko zamieszcza na okładce ostatniego zbioru wierszy („Współczesny prymitywizm”). Nie wiadomo też, dlaczego Lizakowski zabiega akurat o opinię „Odry”, gdzie poezję polską od dziesięcioleci sądzi towarzyszka Urszula Kozioł. Widocznie zadziałało tutaj pokrewieństwo dusz, temperamenty obojga są niemal identyczne.
Marzec 1968 roku i Grudzień 1970, to historia już nieco odległa. Nie wydaje się, aby
12-to czy 14-toletni Adam Lizakowski mógł w tych wydarzeniach wziąć czynny udział. Tak samo, nie mógł działać w tworzeniu oblicza Nowej Fali; najwyżej jako wtórny jej naśladowca, epigon, po upływie dziesiątka lat od powstania ruchu.
Czym była Nowa Fala? Było to pokolenie Adama Zagajewskiego i Juliana Kornhausera wierne ich traktatowi krytyczno-literackiemu, zawartemu w głośnej książce pt. „Świat nie przedstawiony”(1974) – Ewa Lipska, Bohdan Zadura, Stanisław Barańczak, Krynicki, Karasek i inni – wszyscy wychowali się i wyhołubili literacko w ramach realizmu socjalistycznego. Było to także pokolenie, które krzycząc „prasa nie kłamie” miało najczęściej na myśli Wolną Europę i żyło wiarą w reformowalny marksizm. Nowa Fala nigdy nie stworzyła jednolitego programu poetyckiego, nie była też nigdy antyustrojowa, antysocjalistyczna, lecz marzył jej się ustrój komunistyczny „z ludzką twarzą”. I choć pokoleniowo uformowały ich wydarzenia Marca 68 i Grudnia 70, to nigdy nie zdobyli się na stanowczy protest polityczny. Niedługo potem Zagajewski i Barańczak wyjechali na Zachód, gdzie zapamiętale usiłują zatrzeć ten okres swojej aktywności twórczej. Niestety, przeszłość stale budzi się w ich późniejszej twórczości i jest to kształt upiora, którego wciąż lansuje „Odra”. Upiora, który straszy po nocach, ale i zmusza do refleksji.
Adam Lizakowski jest ignorantem w tych sprawach, co bardzo kompromituje go w oczach emigracji. Jego stopka biograficzna podkreśla, że studiował literatury słowiańskie w Berkeley pod okiem Czesława Miłosza, więc ma on prawo niektórych rzeczy nie wiedzieć. Na lewackim uniwersytecie nie wolno przecież głośno krytykować realizmu socjalistycznego. Zresztą, pan Lizakowski, mimo że uchodźca polityczny, polityką jakoś mało się interesuje. Jego credo poetyckie mówi, że wiersze rodzą się w jego wnętrzu „pod wątrobą, sercem, płucami”(„Moje wiersze”). Sam poeta „owinien być psem, który wkłada nos do śmietnika ulicznego”(„Poeta”), „ma krzyczeć przez zaciśnięte zęby”, „być nieszczęśliwym aż do granic nieszczęśliwości” i „jednocześnie merdać ogonem od samego rana”...
Teksty Lizakowskiego, pełne ulicznych wulgaryzmów słownych i futuryzmów pozbieranych z cudzych wierszy, są odbiciem świata, w którym ich twórca bezpośrednio się obraca – jest to świat kaleki intelektualnie, brutalny, prostacki. Świat, w którym nawet Bóg nie ma racji i myli się na każdym miejscu („Spowiedź chuligana”). Są to teksty, które nieustannie osaczają swym prymitywizmem, a ten z kolei nieustannie stroi się na katastrofizm. Nieodparcie, w pisaniu tym nadaje ton poza, blagierstwo, wynaturzona negacja, efekty deklamatorskie. Język tych utworów – kaleki, często niecenzuralny – jest odbiciem kalekiej wyobraźni, która zatraciła zdolność rozpoznawania i nazywania rzeczy i zjawisk. Jeśli to ma być rzeczywistość wewnętrzna emigranta, to rację ma prof.Kazimierz Braun, że nie sposób znaleźć tutaj odpowiednich określeń, bo jest to rzeczywistość chora, paranoiczna, a w przypadku samego Lizakowskiego, który wydala swoje wiersze gdzieś spod wątroby – dodatkowo kabotyńska.
Ach, te męki twórczego rodzenia i wydalania w bólach poetyckiego kału! Nic dziwnego, że poeta Adam Lizakowski tak nienawidzi swoich wierszy. Podpatrzona u Kornhausera efektowna szarpanina bólu, szamotania, obłędu, mroczna atmosfera tych wierszy, określających się jako wytwór fizjologicznego procesu wnętrzności autora, wcale nienajzdrowszych, posiada na pewno swój własny urok. Niektórym czytelnikom z Jackowa może się to podobać. Zwłaszcza, gdy odczytać niektóre wiersze w knajpie przy kieliszku dobrej wódki. Jednak, jak trafnie ostatnio zostało powiedziane: „twórczość Lizakowskiego jest nieustannym podpatrywaniem wielkiej poezji przez dziurkę od klucza i pewnie w samym Lizakowskim jest tyle jadu oraz nieuzasadnionej agresji. On po prostu wie, że wielkim poetą nigdy nie będzie” („Między nami poetami. Wywiad z Edwardem Duszą, laureatem nagrody literackiej im.Al.Janty” /w:/ „Arkusz Literacki” 1995 nr 1).
No cóż, nie każdemu dane jest wielkie przeznaczenie. Jedni tworzą głową, a niektórzy wydalają swoje wiersze inną częścią ciała. Jak to w życiu.
Na koniec przytoczmy w całości jeden z ostatnich wierszy Adama Lizakowskiego, który opublikowała w czerwcu ubiegłego roku paryska „Kultura”:
to czego potrzebuję
to wiersze
dużo wierszy
całe stosy wierszy
wagony wierszy
wiem, gdzie wiersze się rodzą
słyszę nowonarodzonych płacz
wiem, gdzie wiersze umierają
słyszę ich ciche konania
pomiędzy ich życiem a śmiercią
rozmawiam z nimi
czasem spisuję rozmowę
nie rozmawiam o tym z bogiem
jestem nasieniem wiersza
jestem płytą nagrobną wiersza
(A.Lizakowski „To czego potrzebuję”)
Bardzo trafnie powiedziane. Przez całe stulecia nikt nie urządził polskiej poezji lepszego pogrzebu.
Autor: Mirosława Kruszewska
__________________
(Esej powyższy opublikowany został po raz pierwszy w „Dzienniku Nowojorskim” oraz w chicagowskiej mutacji 26-go maja 1995 roku)